#2 MOJE 8 TYGODNI

#2 MOJE 8 TYGODNI

MOJE 8 TYGODNI #2. TAK NAPRAWDĘ NIE MA DOBREGO MOMENTU, ŻEBY SIĘ ODCIĄĆ.

Boże to już jutro. Jest niedziela 30 kwietnia. Jutro znikam. Choć muszę Wam powiedzieć, że już miałem zniknąć kilka razy… Ale po kolei. 

Oczywiście nie jestem kozakiem i przyznam, że już 3 razy przekładałem przeżycie moich 8 tygodni bycia offline. Byłem na tyle sprytny, że wpierw wysłałem na 3-dniowy detoks 103 młodych uczniów z Gdyni, co skrzętnie udało mi się opisać tutaj: http://dbamomojzasieg.com/publikacje-raporty/ . Nawet media się tym zachłysnęły, choć musze przyznać, że eksperymentalnej młodzieży bardzo się pomysł przebywania 72 godziny poz@ siecią spodobał. Przynajmniej się wysypiali, bo nie brali swoich smartfonów ze sobą do łóżek. I gadali ze swoimi rodzicami, emocjonalnie i psychiczne byli bliżej nich, odwiedzali również znajomych, no i oczywiście nagminnie sprzątali swoje pokoje i całe mieszkania (bo co tutaj robić bez mediów cyfrowych?). Najgorzej w eksperymencie było rodzicom, którzy niejednokrotnie czuli się pozbawieni kontroli nad własnymi pociechami, a w drugim bądź trzecim dniu eksperymentu biegli do szkoły zobaczyć, czy ich dzieci jeszcze żyją. Ciekawe… Mogę powiedzieć, że trochę czuję się w obowiązku dokonania własnego odcięcia… obowiązku, jaki czuję przed tymi wszystkimi, którym mówię, że tworzenie kultury off-line jest ważne i przydatne. Skąd ja mogę to wiedzieć? Ja, który przeciętnie używa własnego smartfona prawie 6 godzin (40 godzin w tygodniu), który odblokowuje ekran przeciętnie 70 razy na dzień przeciętnie co 14 minut!!! Naprawdę NIE MA DOBREGO MOMENTU, żeby w społeczeństwie cyfrowym świadomie przebywać offline. A czuję, że warto, że to, co może zapewnić względnie trwałą równowagę psychiczną w świecie, gdzie młodzi są always on, to właśnie świadome przebywanie poza strefą internetu. Są gdzieś dzisiaj takie strefy? Jak sobie sam nie zrobię, to nikt mi takiej strefy komfortu nie zbuduje. Poza tym obawiam się, że to wcale nie będzie strefa komfortu, tylko ciągłej walki ze sobą, ze swoimi nawykami, z poszukiwaniem samego siebie.

Co ludzie osiągają w 8 tygodni? Począwszy od początku można powiedzieć, że nasze ciała powoli nabierają kształtu.

W ósmym tygodniu ciąży powstaje przewód słuchowy zewnętrzny, który łączy się ze zgrubieniem małżowiny usznej. Ucho wewnętrzne (odpowiedzialne za słuch i zmysł równowagi) jest już rozwinięte. Ponieważ błędnik kształtuje się tak wcześnie, dziecko niemal od początku reaguje na ruch: niepokoją je gwałtowne zmiany pozycji (nie służy mu to, że uprawiasz jogging albo jeździsz po wybojach), uspokaja – miarowy rytm (gdy maszerujesz, tańczysz, pływasz). Oczy są już w pełni zawiązane, zabarwione pigmentem, ale ich właściwy kolor poznacie dopiero w trzecim miesiącu po narodzinach. Zaczynają rosnąć powieki. Widoczne są już malutkie, jeszcze zrośnięte paluszki u rąk, kształtują się nerki. W tym tygodniu ciąży podczas badania USG można już dostrzec kręgosłup. Głowa szybko się rozwija, na razie stanowi ½ długości zarodka” http://www.edziecko.pl/ciaza_i_porod/0,79337.html?week=8

Portale treningowe informują nas, że jak dobrze przepracujemy 8 tygodni możemy zwiększyć nasz obwód klatki piersiowej, poprawić siłę oraz wytrzymałość. Albo to: chcesz mieć płaski brzuch? Bardzo proszę: ćwiczenia dokładnie rozpisane na pełne 8 tygodni. Plan treningowy do półmaratonu, maratonu, naprawdę świetny wypoczynek – to wszystko można osiągnąć bardzo szybko!!!

Kim będę JA za 8 tygodni po ukończeniu własnego eksperymentu? Co się ze mną stanie po kilkudziesięciodniowym byciu off-line? W sumie nie wiem, ale bardzo mnie przekonuje to, jak się czuje kobieta pod koniec 8 tygodnia ciąży. Nie ukrywam, że te stany nie są mi aktualnie obce. Chciałbym mieć to już wszystko za sobą

Emocje w Tobie buzują. Z łatwością popadasz z euforii w gniew. Możesz odczuwać drażliwość, płaczliwość i zmianę nastrojów. Masz wrażenie, że jesteś w stanie zasnąć na stojąco o każdej porze dnia”. http://www.edziecko.pl/ciaza_i_porod/0,79337.html?week=8

 RYTUAŁY, RYTUAŁY, I JESZCZE RAZ RYTUAŁY

Można z całą stanowczością powiedzieć, że bycie osobą żyjącą z przyklejonym smartfonem nie należy do łatwych. Czujesz się jak niewolnik, który – nie wiedzieć czemu – wciąż odblokowuje swój ekran patrząc, czy ktoś nie napisał, czy nie zadzwonił.

JESTEŚ JEDNYM WIELKIM PUSH-POWIADOMIENIEM!

JESTEŚ JEDNYM WIELKIM FOMO (z ang. fear of missing out)!

JESTEŚ NIEZNOŚNY, BRAKUJE TOBIE KULTURY PRZEBYWANIA Z INNYMI LUDŹMI!

JESTEŚ JAK PIERWSZOKLASISTA, KTÓRY UCZY SIĘ PISAĆ!

JESTEŚ TELEFONEM!!! Nawet o Tobie śpiewają, zobacz:

 

Wszystkich, którzy sami siebie mogą nazwać fonoholikami, nie trzeba przekonywać do stwierdzenia, że bez telefonu nie wyobrażamy sobie życia, bycia, funkcjonowania, spania, kochania, jedzenia. Wszystkie potrzeby załatwiane są z telefonem w łapie. Zupełnie bez sensu. Cóż zatem zrobić, cóż począć w sytuacji, w której sam osobiście dobrowolnie decydujesz się na posiadanie wolnych dłoni? Co wówczas w nie chwycić? I już odpowiadam, choć jeszcze nie rozpocząłem swojego eksperymentu: wydaje mi się, że media cyfrowe w czasie bycia offline powinienem zastąpić SWOIMI CODZIENNYMI RYTUAŁAMI. Proste? No właśnie niekoniecznie. Bo cóż zrobić, jeśli ich nie mamy, bądź są one mocno zdigitalizowane?

RYTUAŁ 1. CZYTAM KSIĄŻKI

Wbrew pozorom to strasznie ciężka sprawa w świecie cyfrowym. Ostatnio, dokładnie ubiegłego lata, złapałem się na tym, że nie potrafię czytać książki bez korzystania z telefonu komórkowego. Jeśli też tak masz to od razu dobra rada (dobra, bo nawet u mnie zaczęła się sprawdzać): kiedy czytasz książkę odłóż swojego smartfona poza zasięg wzroku. Wyobraź sobie, że dwie strony tekstu czytałem 40 minut i po ich przeczytaniu zupełnie nic nie rozumiałem z tego, co przeczytałem. Przecież to kompletna strata czasu. Jak czytamy i co czytamy, i dlaczego 53% Polaków w roku 2015 nie przeczytało tekstu dłuższego niż 3 strony przeczytasz tutaj:  http://www.bn.org.pl/download/document/1459845698.pdf . A mój ulubiony pisarz, w którym się kiedyś rozczytywałem – HARUKI MURAKAMI – leży sobie bezwiednie na półkach. A moje ulubione reportaże, wydawane ostatnimi czasy w ilościach niewyobrażalnych? Trzeba do nich wrócić, choć ostatnio, jak się za nie zabierałem, to szybko przy nich zasypiałem. Nie to co przy jutiubie. Ejjj Ty, może to jest dobry sposób: przychodzić do chaty na pełnym zmęczeniu, prysznic, książka i spać? Ciekawe… tak czy siak wracam z ogromną chęcią do czytania książek. A mam sporo zaległości… naprawdę sporo.

Robiłem próby czytania książek. Tak szybko przy nich zasypiam, jak bardzo się męczę przeczytaniem kilkunastu stron.

RYTUAŁ 2. ĆWICZENIA FIZYCZNE & DIETA.

Zawsze byłem w tym dobry. 12 lat ćwiczenia judo, rower, bieganie dyszek, półmaratonów, maratonów, badminton i squash. Tylko dlaczego ważę 125 kg? Dobra… zgromadziłem sprzęt do ćwiczeń w domu, jakaś sztanga, jakieś bosu, step, TRX, piłka i… chyba to wszystko. Czuję, że te 8 tygodni będzie kluczowe nie tylko dla mojego umysłu i ducha, ale również ciała. Waham się, czy nie kupić karnetu na siłownię, crossfit, strasznie dużo teraz tego… wszyscy biegają, ruszają się, to nic, że z coraz większymi telefonami komórkowymi przyczepionymi do ramion… Narodowo wzięliśmy się za siebie… jesteśmy coraz szczuplejsi, szczęśliwsi, rozwiedzeni… Myślę, że sport to rytuał, który mnie SPOWOLNI, pozwoli złapać odpowiedni rytm, RYTM CISZY< RYTM KONSEKWENTNEJ PRACY. Raz, dwa, trzy, cztery… powoli, bez niepotrzebnej spiny… Miarowo i jednostajnie. W ustalone dni tygodnia, w ustalonych porach. Przecież z zegarka mogę korzystać. Ale już z moich ulubionych aplikacji które wykorzystuję do ćwiczeń niekoniecznie. Jak będzie zatem wyglądał trening bez słuchawek, muzyki? No i jedzenie… Uwielbiam jeść, ale ponoć bez sensu są treningi, które nie są wspomagane odpowiednim żywieniem. Skoro przeprowadzam tak racjonalny eksperyment na samym sobie, postaram się również racjonalnie jeść. Cokolwiek by to nie oznaczało. (Właśnie dzisiaj uzmysłowiłem sobie, że chciałbym być już po zakończonym eksperymencie. Nieważne, czy się uda, czy nie. Zresztą, nawet jak nie wytrzymam, to zawsze mogę mój eksperyment wznowić prawda? Tak wskazuje moja metodologia, którą codziennie tworzę, zmieniam, dopasowuję do realiów. Zaraz zaraz… nic nie jest dopasowane do realiów!!! Do końca czerwca począwszy od dzisiaj – od połowy kwietnia – muszę przeprowadzić ponad 30 dni szkoleniowych, nie wspominając o moim udziale w konferencjach, debatach, spotkaniach. No i Uniwersytet Gdański… już zapowiedziałem moim studentom, że podczas sesji mogę być mocno nieznośny. Już poprosiłem o zmianę komunikacji między nami: oni wiedzą, kiedy mam konsultacje, ja wiem, o której, i gdzie mam być dla nich dostępny. Od dzisiaj przeszedłem ze swoimi studentami na analogowy tryb nie tylko komunikacji, ale również sprawdzania zadawanych prac. No co…., po prostu oni owe prace będą drukować na papierze, a ja będę udzielał feedback-ów jak robiło się to kiedyś: odręcznie napisanymi komentarzami. Boże, jak to dobrze, że nie prowadzę zajęć e-learningowych!

Praktycznie wszystko mam, co potrzeba, żeby schudnąć i lepiej wyglądać. Ciekawe, czy lepszym rozwiązaniem nie będzie jednak pójść na zorganizowane zajęcia. Przynajmniej będą tam inni ludzie, a nie tylko ja sam.

SQUASH! Uwielbiam tę grę. Podczas treningu trzeba intensywnie myśleć i poruszać się jak w balecie. To drugie wychodzi mi zdecydowanie gorzej.

 RYTUAŁ 3. GROMADZĘ DANE.

Jestem zboczony zawodowo, wszędzie, gdzie się nie obrócę gromadzę dane. Kompulsywnie, zachłannie, łapczywie przyglądam się światu. Zawsze mówię swoim studentom… nie martw się, jak oblejesz na sesji mój przedmiot… i tak już jesteś trochę socjologiem. Bo masz oczy – więc obserwuj. Mój eksperyment to czas oczywiście pozostawania poza siecią, ale to również czas, w którym chciałbym zebrać jak najwięcej wiedzy o samym sobie, o swoich emocjach, stanach psychicznych, ale również o ludziach, których w czasie moich 8 tygodni spotkam. I od razu powiem, że w czasie mojego eksperymentu będę korzystać z dyktafonu. Podjąłem decyzję, że to narzędzie niezbędne dla szybkiego notowania spostrzeżeń. Oprócz tego towarzyszyć mi będzie pióro, papier, papierowy kalendarz, powieszony na ścianę planner tygodniowy oraz miesięczny (muszę pewne rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy), dzienniki oraz maszyna do pisania. Moja MERCEDES… Kiedyś strasznie dużo pisałem ręcznie, dzisiaj po napisaniu 2-3 stron boli mnie ręka podobnie, jak bolą dłonie, nadgarstki i palce dzieci, które właśnie stawiają swoje pierwsze kroki w piśmie. Ciekawe co?

To jedyny cyfrowy sprzęt, który będę używać podczas eksperymentu. Cyfrowy dlatego, że wyznaczone przeze mnie osoby na bieżąco będą dokonywać transkrypcji słowa mówionego na tekst.

W sumie jeszcze 10-15 lat temu dużo pisałem. I to właśnie dzienników. Z ogromną chęcią wrócę do ręcznego pisania moim ulubionym piórem. Już i ono jest napełnione i czeka w gotowości.

Będąc gadżeciarzem zadbałem o profesjonalny wygląd moich dzienników.

Pierwsze koty za płoty. Wychodząc z założenia, że każdy choć raz w życiu powinien mieć swojego Mercedesa, kupiłem sobie i ja. No właśnie, podczas testów maszyny (śmiga jak ta lala) wciąż łapałem się na tym, że nie mogę wżaden sposób stworzyć emotikonów.

RYTUAŁ 4. BYĆ BLIŻEJ INNYCH.

To moja największa niespodzianka, na którą czekam – SPOTKANIA Z BLISKIMI. No właśnie, od razu się zastanawiam, jak nowe technologie wpłynęły na moje bycie przy innych. Konstatacja jest smutna, oto kilka przykładów:

  • całuję telefon i gadam do niego, bo przecież w nim widzę, co robi mój syn,
  • piszę do córki, zamiast do niej zadzwonić,
  • zdarza mi się totalnie nie słuchać innych, kiedy coś do mnie mówią, bo akurat wtedy koniecznie muszę odebrać emaila,
  • jakoś nie odwiedzam specjalnie znajomych, poza tymi wszystkimi sytuacjami, gdzie spotykam ich przypadkiem.

Ale, jak tak więcej rozważam o analogowym życiu, podczas mojego bycia offline trudno mi będzie być bliżej ludzi. No bo jak ja się z nimi umówię (Uwaga. Na końcu dzisiejszego wpisu podaję adres. Zawsze można napisać:)), jak oni będą mnie odwiedzać? Oczywiście poinformuję wszystkich możliwych (ciekawe kogo???) o tym, że WYPADAM ZE SPOŁECZNEJ GRY, ale nie sądzę, żeby tłumy ludzi zaczęły mnie odwiedzać. W sumie totalnie nie wiem, jak ja mam to zrobić. No bo co? Będę sobie siedział na ulicy, spotkam kogoś, i wproszę mu /jej się do domu? Wyślę do niego/niej list? Włożę kartkę w drzwi? To zupełnie bez sensu. A ja bez ludzi nie potrafię specjalnie funkcjonować. Coś czuję, że będę sam ze sobą. Myślę sobie, że dobrym rozwiązaniem będzie INDYWIDUALNE UMÓWIENIE SIĘ Z OSOBAMI ZNACZĄCYMI/KLUCZOWYMI, które zarządzają różnego rodzaju miejscami, w których się pojawiam… Sopocka pizzeria Tesoro, gmach Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego, moja osobista domowa skrzynka na korespondencję – wszędzie tam, i pewnie jeszcze w innych zorganizowałem skrzynkę na wiadomości:). Ciekawe, czy coś się w nich kiedykolwiek pojawi.

Nie mieszkam z własnymi dziećmi. W szczególności z synem musiałem poważnie porozmawiać. I oczywiście jego mamą. Nie chciałbym, aby ktokolwiek odczuł niedogodności z powodu mojej 8 tygodniowej analogowej fanaberii. Kurna… chyba się nie da tego ominąć.

NAPRAWDĘ KRÓTKO O PRZYGOTOWANIACH.

Co musiałem zrobić, o co zadbać, z czym się zmierzyć, aby w spokoju rozpocząć swój własny eksperyment? Oczywiście sformułowanie w spokoju jest tutaj słowem nie na miejscu. Teraz wiem, że na etap przygotowania powinienem przeznaczyć o wiele więcej czasu. A może właśnie powinienem wejść w eksperyment, jakby to powiedzieć… BARDZIEJ Z BUTA? W każdym razie, kiedy gdyńska młodzież, o której wspominałem na początku, przygotowywała się do swojego bycia offline, towarzyszyło im kilka wyraźnych typów postaw:

  • POSTAWA I – NAJEŚĆ SIĘ NA ZAPAS: postawa ta charakteryzowała się kompulsywnym korzystaniem z urządzeń mobilnych i internetu tuż przed rozpoczęciem eksperymentu. Część młodzieży w prowadzonych wywiadach przyznawała nam, że tuż przed własnym odłączeniem się cały dzień korzystali z telefonu komórkowego, komputera, gier. Żeby w eksperyment wejść zmęczonym korzystaniem z cyfrowych dobrodziejstw, żeby chcieć odpocząć, żeby nie chcieć korzystać. Jak się okazało nie jesteśmy chomikami i nie możemy przechowywać pożywienia w policzkach, nie możemy też najeść się na zapas. W moim przypadku to dodatkowa szkoda, bo nie ukrywam, że mam tendencję do otyłości (gruby jestem znaczy się)
  • POSTAWA II – WYCISZAM SIĘ: zdarzały się również takie przypadki (dwa przypadki, z tego co pamiętam) w których na dwa tygodnie przed rozpoczęciem eksperymentu, jego uczestnicy powolnie odłączali się i rezygnowali z korzystania z mediów cyfrowych tak, aby w czas eksperymentu wejść NA WYCISZENIU. Postawa godna naśladowania, ale czy na pewno?
  • POSTAWA III – NIC NIE ZMIENIAM: zachowuję dotychczasowe wzory korzystania z mediów cyfrowych, zaś swoje przygotowania ograniczam jedynie do najważniejszych kwestii technicznych (poinformowanie najważniejszych osób o rozpoczynającym się eksperymencie, ustalenie zasad z rodzicami, itd.)

I ja właśnie wybrałem tę trzecią opcję: korzystam z mediów cyfrowych, urządzeń mobilnych, internetu, komputera, telewizji dokładnie tak samo, jak tydzień temu, dwa-trzy tygodnie, miesiąc temu. NIC NIE ZMIENIAM bo uważam (zgodnie z moją metodologią), że byłoby to zakłócenie naturalnego porządku rzeczy. Mówię sobie: Dębski, spokojnie, jeszcze zdążysz swoje życie totalnie zakłócić. Oczywiście przyjęcie postawy nic nie zmieniam dotyczy mojego korzystania z mediów cyfrowych, co nie oznacza, że się nie musiałem poważnie przemyśleć początku mojego eksperymentu bycia offline. W tej części nawet nie wiem, od czego zacząć, ale lista rzeczy, którą musiałem zrealizować jest dość długa. A zatem, to, co robiłem przez cały kwiecień, można zawrzeć w następujących podpunktach:

  • poinformowałem osoby kluczowe (rodziców, dzieci, pracodawców) o moim eksperymencie,
  • poinformowałem wszystkie instytucje (oraz przedstawicieli owych instytucji), które odwiedzę z wykładami i warsztatami na przestrzeni maja i czerwca o tym, że kontakt będzie ze mną utrudniony,
  • ustawiłem automatyczną odpowiedź na poczcie głosowej w telefonie komórkowym,
  • spisałem najważniejsze adresy (o właśnie, być może to jest dobry pomysł… umówić się ze znajomymi na konkretny dzień, aby ich odwiedzić???),
  • ustawiłem auto-respondery na moich skrzynkach e-mailowych,
  • znalazłem osoby, które przejmą moje obowiązki w Fundacji DBAM O MÓJ Z@SIĘG (więcej o niej przeczytacie tutaj http://dbamomojzasieg.com/broszura-fundacji/,
  • poinformowałem licznych znajomych na Facebooku o tym, że już mnie nie ma,
  • znalazłem osobę, która zajmie się dalszym moim blogowaniem (tak, chcę będąc poz@ siecią wciąż informować Was o tym, co u mnie słychać)
  • przepisałem kalendarz, który mam w telefonie i komputerze do kalendarza tradycyjnego (papierowego),
  • wypłaciłem gotówkę z konta tak, aby nie korzystać z bankomatów,
  • spisałem numery kont bankowych, wszak jak większość Polaków moje życie obciążone jest kredytami (jak mi się uda opłacę część kredytów na zapas, żeby żaden bank mi potem nie mówił, że unikałem kontaktu, no bo przecież nie będę odpowiadał na ich liczne telefony),
  • zakończyłem wszelkie zlecenia, które wymagają ode mnie pracy z komputerem,
  • przygotowałem do pełnej sprawności maszynę do pisania,
  • zaznajomiłem się z moim nowym starym budzikiem (już go używam choć wciąż zapominam go nakręcać),
  • kupiłem atlas drogowy (mapy lokalnych miast będę kupować na stacjach benzynowych).

POWAŻNE ZAGWOSTKI…

De facto są trzy. Przynajmniej na teraz:

  1. Pierwsza z nich odnosi się bezpośrednio do moich przygotowań. Wciąż zadaję sobie pytanie, do jakiego momentu mogę się przygotowywać do eksperymentu, aby nie zbudować pięknego, w pełni wyposażonego domu w samym centrum lasu? W takim przypadku  mógłbym wszystkim powiedzieć: DOBRA, OD DZISIAJ ZAMIESZKAM W LESIE I BĘDĘ PUSTELNIKIEM. Tu nie o to chodzi, aby robić zapasy na zaś… aby szczelnie zaplanować sobie całe dwa miesiące i postępować zgodnie z planem. Miałem taką pokusę wcześniejszego sprawdzania hoteli, drukowania sobie map dojazdu, wcześniejszego wystawiania faktur…. I jeszcze inne kwestie przychodziły mi do głowy, które doprowadziły mnie do przekonania, które niedawno głośno wykrzyczałem: DOSYĆ TAKICH PRZYGOTOWAŃ!!! Jak już wcześniej wspomniałem, NIE ZMIENIAM SWOICH WZORÓW korzystania z mediów cyfrowych, choć coraz więcej osób, które mnie spotyka, śmiejąc się mi prosto w twarz mówi: – „No, Maciej, korzystaj korzystaj, bo już niewiele dni normalnego życia zostało Tobie”. Dobra, przyznam się… siadając przez ostatni tydzień przed telewizorem czułem, jakbym chciał się nim nakarmić
  2. Gdzie postawić granice własnemu eksperymentowi? Do jakiego czasu się cofnąć? Przecież nie będę siedział przy świecach albo lampie naftowej udając, że świetnie się żyje bez elektryczności. Stawiam sobie bardzo dużo pytań, na które wciąż szukam odpowiedzi: czy mogę korzystać z telefonu stacjonarnego? Oczywiście go nie mam, ale może powinienem założyć? Gdzie się podziały kur……. wszystkie budki telefoniczne? Czy jak wyświetlę prezentację multimedialną w trakcie wykonywania moich obowiązków to łamię już zasady eksperymentu? Czy są takie sytuacje, w których dopuszczam użycie nowych technologii (zagrożenie życia, zdrowia, tragiczne wiadomości?) Co zrobić, jak przerwę eksperyment? Czy to moja porażka? W sumie najsłynniejszy eksperyment prof. Zimbardo też został przerwany:)
  3. I jeszcze jedna rzecz: naprawdę przekonuję się coraz bardziej, że wszystko dzisiaj jest mniej bądź bardziej w INTERNECIE!. Sieć powiązań, układów, oddziaływań – nie mogę być totalnie offline, prędzej czy później naprawdę będę się ocierać o cyfrowy świat. Dlatego w swoim byciu offline osobiście nie będę korzystać z internetu, choć internet będzie tuż obok mnie. Weźmy na przykład taki TELEGRAM: nadam go analogowo na poczcie, wypiszę ręcznie, złożę, ale w jaki sposób zostanie on doręczony przez listonosza (i dlaczego przez internet) mało mnie będzie obchodzić:)

DROBNE SPRAWDZAM. I PIERWSZE PORAŻKI

Tak, jak już wcześniej pisałem przed samym eksperymentem nie zmieniłem swoich wzorów korzystania z mediów cyfrowych. Co  nie oznacza, że nie podjąłem pierwszych prób i drobnych rekonesansów wybranych sytuacji.

  1. PIERWSZA PRÓBA SPALONA: 26 kwietnia (w ostatnią środę) zrobiłem sobie test: miałem dojechać bez GPS 160 km od Gdańska do Rzeczenicy (strasznie mała miejscowość w głębi Kaszub), gdzie prowadziłem wykłady i warsztaty z zakresu fonoholizmu. Odpaliłem swój nowy analogowy atlas, jechałem, jechałem, jechałem… i się pogubiłem. Uświadomiłem sobie, że te moje 2 miesiące będą okropnie trudne. Kilka refleksji spisuję już teraz, choć pewnie do nich powrócę:
  • muszę o wiele lepiej planować czas podróży, trasę!!!
  • muszę założyć większą liczbę jednostek czasu, aby dotrzeć z punktu A do punktu B!!!
  • okropnie brakowało mi informacji o zbliżających się korkach i utrudnieniach na drodze
  • a najbardziej brakowało mi prostej informacji, którą wyświetla nam GPS: SZACUNKOWY CZAS DOJAZDU. Nawet nie wiedziałem, czy mogę sobie zrobić przerwę

W ostateczności ze strachu i niepokoju, że się spóźnię uruchomiłem telefon komórkowy i dojechałem o czasie na wskazane miejsce. W okresie przebywania offline byłaby to ogromna porażka – prosta katastrofa. Gdzie są moje kompetencje jazdy z mapą? Byłem tak zestresowany, że nawet nie zapytałem lokalesów o drogę. Bez sensu… Muszę na takie rzeczy uważać.

2.  ODWIEDZINY NA POCZCIE: dowiedziałem się, że w budynku gdyńskiej Poczty Polskiej nie ma już możliwości wykonania połączenia z telefonu stacjonarnego (pamiętacie te liczne boksy,pomieszczenia, w których można było się zamknąć i sobie callnąć?). Po drugie nie ma – przynajmniej w Gdyni – ŻADNYCH BUDEK TELEFONICZNYCH. Po trzecie wreszcie, Poczta Polska nie prowadzi usług typu fax. Także lipa. Ale uwaga…. jest TELEGRAM. I teraz usiądź, bo  to będzie najlepsze!!! Telegram to bardzo rzadko używane rozwiązanie, najczęściej przez osoby starsze, najczęściej, aby poinformować o ślubie, bądź pogrzebie. No i oczywiście, co już wspomniałem, współcześnie telegram w większości przypadków wysyła się do potencjalnego odbiorcy przez telefon, e-mail albo SMS. Czyli też jest w dużej mierze cyfrowy, nawet jeśli nadam go analogowo. Ale kurna… 43,05 PLN za jego przekazanie???? KTO ZDZIERA TYLE KASY? I powiedzcie mi, że internety i sms-y są darmowe. O men… Aż nie mogłem uwierzyć w takie ceny, przemiła Pani przy pocztowym okienku w Gdyni na ul. Abrahama była w pełni zaskoczona moim zaskoczeniem. No i nie omieszkała mi między wierszami przekazać, że decydując się na analogowe życie, jestem trochę świrem.

Tak wyglądał druk telegramu w roku 1982. Pamiętam, przychodził podobny, jak byłem na kolonii zuchowej, https://pl.wikipedia.org/wiki/Telegram#/media/File:Telegram_ocenzurowany.jpg

Dzisiaj druk telegramu pocztowego jest bardziej profesjonalny. Ciekawe dlaczego, opłaty uzależnione są od długości przekazywanej informacji. To znaczy wiadomo, że tak jest i zawsze było, ale dlaczego w telegramie jest dokładnie tyle samo znaków (160), co w SMS-ie?

Jak zobaczyłem cennik, to siadłem z wrażenia. 43,05 PLN za telegram długości 1 SMS-a, przy założeniu, że telegram zostanie doręczony w ciągu 6 godzin. Boże, ile zaoszczędzamy kasy codziennie, nawet o tym nie wiedząc…

Znikam wirtualnie, ale czy pojawiam się realnie? Jutro 1 maja. A zatem jakby co: Maciej Dębski, 81-603 Gdynia, ul. Staniszewskiego 15A/14. Piszcie, dzwońcie (żartowałem z tym dzwonieniem), oczekujcie kolejnego wpisu. Tak! Wpis będzie, analogowe materiały dostarczę w odpowiednim czasie odpowiednim osobom. Kwestie związane z funkcjonowaniem FUNDACJI DBAM O MÓJ Z@SIĘG od dzisiaj przejmuje Mariusz Gudel: m.gudel@dbamomojzasieg.com. Kalendarz ustalony, będę tam, gdzie się umówiłem. Dobra… już idę, wszak jeszcze przede mną cała niedziela a sporo rzeczy zostało do cyfrowego dokończenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola wymagane zostały oznaczone gwiazdką *

Jesteś nowy?

Sprawdź jak możesz nam pomóc. Liczymy na Ciebie!